Reduta Dzik – też tam mieszkałam (część II)

Może Ci się również spodoba

5 komentarzy

  1. Beata pisze:

    Dziękuję autorce ! Druga część nie rozczarowuje, a przeciwnie – świetna !
    Jestem z innego podwórka, też było granie w klasy, skakanki, podchody, zabawy w sklep… tak miło się teraz wspomina: Hanię, Anię, Alę, Ewę, Grażynkę, Bożenkę, Mirkę, Izę… Dziewczyny, odezwijcie się !

  2. Beata M. pisze:

    Wspaniałe przekazane wspomnienia. Jestem z innego, aczkolwiek pobliskiego podwórka (róg Chłodnej i Łąkowej), gdzie bawiliśmy się bardzo podobnie. Pamiętam jednak wizyty u Pani Ireny Czinczołł, kiedy jako mała dziewczynka odwiedzałam ją z siostrą (Małgorzata Niepiekło). Dziewczyny znały się że szkoły muzycznej i czasem bywały u siebie. Miałam okazję podczas takich wizyt kosztować owoców z ogródka Państwa Czinczołł. Beata Michno (Niepiekło)

    • Irusia pisze:

      Kochana Beatko M., dzięki za miłe wspomnienie o naszych niegdysiejszych kontaktach. Od razu sobie Ciebie przypomniałam! Ten cudowny ogródek, wtedy pełen owoców i jagód, w późniejszych latach okrojony na rzecz gminnych inwestycji, jest dziś zdziczałym, porzuconym terenem, gdzie nie tylko trawa ale i krzewy pokrywają WSZYSTKO, łącznie z wejściem do domu. Mój Brat z rodziną wyprowadził się stamtąd prawie 2 lata temu. Nie uwierzyłabyś, jak kiedyś bogaty w roślinność, drzewa, krzewy owocowe i kwiaty teren może zmienić się w dziki „step”… A co słychać u Małgosi? Pozdrawiam Was serdecznie. Irena

      • Beata Michno pisze:

        Moja rodzina też już opuściła dzielnicę. Rodzice zmarli, Brat wyprowadził się dawno – teraz mieszka z rodziną w Sopocie. Małgosia wyjechała w 1981 roku z mężem i córką do RPA i tam zmarła w 2003 roku po ciężkiej chorobie. Jej córka skończyła tam studia biologiczne i została tam na stałe – pracuje jako genetyk molekularny. Ja też jestem biologiem z wykształcenia, całe swoje życie zawodowe spędziłam na Uniwersytecie Gdańskim, teraz jestem na emeryturze, mieszkam we Wrzeszczu. Bywam czasem w naszej macierzystej dzielnicy i z przykrością patrzę na budynek, w którym mieszkałam i który powoli chyli się ku upadkowi. Jest w dużym stopniu opustoszały i zaniedbany i chyba nie ma woli, czy też funduszy żeby go zachować. A były tam tak piękne elementy wystroju: stare ozdobne piece, masywne drewniane drzwi, ozdobne gipsowe wykończenia na sufitach. Zostały wspomnienia…
        Pozdrawiam serdecznie i zarazem świątecznie – dużo zdrowia i nadziei na lepsze jutro, Beata Michno (Niepiekło)

        • Irusia z ul. Reduta Dzik pisze:

          Kochana Beatko! Dzięki za wiadomości, na które przestałam już liczyć, ale które w końcu się pojawiły. To, że Małgosia odeszła prawie 20 lat temu napełniła mnie wielkim smutkiem. Bo to i za wcześnie, i była bardzo specjalną osobą; jedną z dwóch-trzech w moim życiu, z którą nie trzeba było wielu słów, żeby się porozumieć. Imponowała mi swoim bardzo zdroworozsądkowym myśleniem. A czasem wystarczało nam spojrzeć na siebie wzajemnie, żeby.. wybuchnąć śmiechem. Przypomnę tu jedno z niezatartych wspomnień z naszej licealnej młodości. Wybrałyśmy się na kultowy w latach 60-tych ubiegłego wieku film „Love story”. Szedł w nieistniejącym już dzisiaj, ale wtedy uchodzącym za super reprezentatywne, kinie „Leningrad” przy ul. Długiej. Okazały półkolisty balkon, czerwone wyścielane pluszem fotele, szeroka panorama. Ale my siadłyśmy skromnie na parterze w samym środku widowni. Kiedy bohaterka filmu, śliczna Ali Mc Graw, ubrana w błękitną koszulkę umierała na szpitalnym łóżku i na widowni dały słyszeć się płaczliwe chlipania, wybuchnęłyśmy z Małgosią niemożliwym do pohamowania śmiechem, i to rozpaczliwie zatykając sobie usta. Sąsiedzi natychmiast zaczęli się odwracać w naszym kierunku z gniewnym: „Ciii, proszę nie przeszkadzać!” Niestety, skutek był odwrotny od zamierzonego…
          A stan tych dwóch przedwojennych kamienic, najpiękniejszych w Dolnym Mieście, z pięknymi profilowaniami i cudownymi dachami, a nawet z ciekawą architektonicznie dzielnicową „mordownią” w piwnicy, która po każdym remoncie zmieniała nazwę, także przyprawiają mnie dziś o prawdziwy ból serca. Jestem przywiązana również do tego gospodarczego budynku, który łączy się z kamienicami z lewej strony, a w którym funkcjonowała kiedyś m.in. wzięta piekarnia. W tuż-powojennych czasach, kiedy brakowało jeszcze w okolicznych domach odpowiedniego, kuchennego wyposażenia, przybiegały do piekarni kobiety z blachami wyrośniętego, drożdżowego ciasta. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego nawet trzaskające mrozy zdawały się nic a nic nie szkodzić późniejszym z tego ciasta wypiekom. Komin piekarniczy wciąż strzela w niebo i sądzę, że przy odrobinie remontowego starania można by tę piekarnię wspaniale reaktywować. Choć, nie wiadomo. Nowa ustawa podatkowa dotknęła małe i średnie rzemiosło, a bodaj najwidoczniej – w przemyśle piekarniczym… W PRL-u nazywało się to „domiar”, rodzaj uznaniowego podatku, który skutecznie ograniczał coś, co dzisiaj nazwalibyśmy „nieuzasadnionym bogaceniem się”…
          Serdecznie Cię pozdrawiam i wszelkich pomyślności we wciąż nowo rozpoczętym roku życzę. Irena z ul. Reduta Dzik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Rozmiar czcionki
Kontrast