Co na prezent? Może kilogram opłatków!
Jaki mógł być najfajniejszy prezent pod choinkę dla małej dziewczynki, oprócz wózka lub domku i mebli dla lalek?…
W moim przypadku była to… taka malutka odwrócona kopułka. Ale gdy się ją postawiło, to stała na trzech nóżkach. Całość była z plastiku. Ta bryła była z jednej strony niebieska i nie była w tym miejscu przezroczysta /miała kolor niebieski jak niebo/. Ale z drugiej strony była już przezroczysta. Wnętrze wypełniał płyn z drobinkami sztucznego śniegu. Gdy się lekko wzruszyło tę małą zabawkę, śnieg się wzbudzał w tym płynie i malutka dziewczynka w czerwonym kapturku jakby tańczyła wśród tych płatków śniegu. Śnieg padał i padał. A gdy cały spadł, od razu robiłam ruch tą zabawką i znowu miałam śnieg przed oczami. Dziś mam wrażenie, że godzinami się w to wpatrywałam. I byłam zachwycona. Wyobrażałam sobie, że to ja jestem tą malutką dziewczynką.
To była jedna z moich ulubionych zabawek. Mama przywiozła mi ją z NRD, dokąd na początku lat 70. licznie wyjeżdżano, by przywieźć wyjątkowe prezenty i zakupy dla dzieci. Pamiętam też sztuczne/plastikowe/ owoce egzotyczne, typu: pomarańcze, ananas i banan. Takie owoce przywiozła z NRD nasza sąsiadka, u której jeszcze przez całe lata dziecięce bawiłam się w sklep tymi właśnie owocami, a później moja mała córka kontynuowała zabawę u tej zaprzyjaźnionej sąsiadki.
Moja koleżanka z klasy /pozdrawiam Hanię/, wspomina, że u niej w domu, na święta mama zdobywała ananasa lub pomarańcze, brzoskwinie w puszce. Wspomina te trudne czasy na Dolnym Mieście i dziś po prostu celebruje otwieranie puszki z brzoskwiniami czy ananasem. Bo to tak, jakby nastąpiło przeniesienie w czasie, do domu na Toruńskiej, do czasów dzieciństwa.
Przy okazji spotkania z Hanią, wspominałyśmy też naszego organistę Sylwestra, który roznosił opłatek przed świętami. Pamiętałyśmy, że nie było mu łatwo chodzić po tych domach, gdzie strome schody były, bo miał bardzo dużą wadę wzroku i nie raz „zaliczył spotkania bliskiego stopnia… na klatce schodowej”. Opłatek przynosił w wielkiej teczce, wyciągał mały plik opłatków, w której był też opłatek różowy lub błękitny. To był podobno opłatek dla zwierząt domowych. Będąc małą dziewczynką, która jak wszystkie dzieciaki uwielbiała opłatek, zjadałam szybko ten kolorowy, wierząc w to, że nasz pies na pewno tego nie lubi ;P Wiadomo: szkoda, żeby się zmarnowało i obeschło takie dobro :)))) Po prostu opłatków zawsze było dzieciom za mało.
Wspominała – Danuta Płuzińska-Siemieniuk

