Fabryka Aniołków (część I)
Jakob Potok
W 1926 roku w Gdańsku huczało od plotek. Jakob Potok, rzeźnik z Weldengasse (Łąkowej) 6 miał ich już po dziurki w nosie. Miał przede wszystkim dosyć podejrzliwości klientów. Niby nic się nie zmieniło, ale już nie było tak samo. Te same klientki, te same miłe „guten Morgen” i „auf Widersehen”. Ale szlag go trafiał, kiedy widział swoje kupujące jak rozwijają pergamin i wąchają jego kiełbasy, kiedy im wydawało się, że już ich nie dostrzega przez witrynę. Aż się trząsł ze złości, kiedy macały paluchami mięcho, a nawet lizały, żeby sprawdzić, czy nie zepsute albo sfałszowane.
Byli już, na szczęście, pracownicy Miejskiej Rzeźni przy Englischer Damm (Angielska Grobla) 2 odpowiadali za tę grubą nieprzyzwoitości jego nabywczyń. Nowoczesny zakład, który miał własną chłodnię, osobną halę ubojową wieprzowiny i osobną bydła miał być bezpieczny, a stał się źródłem zarazy. Skorumpowani inspektorzy weterynaryjni kwalifikowali tam padlinę jako mięso, a zwierzęta chore i umierające jako zdrowe. Kiedy mięso zaczynało gnić, czyścili je solą i saletrą, a smród zabijali karbidem. Przypadki zatruć jadem kiełbasianym szły w setki. Nawet sąsiadka, Ida Onasch, wdowa po ślusarzu, który powiesił się, kiedy stracił pracę po zamknięciu Królewskiej Fabryki Karabinów, ledwo przeżyła.
Jakob aż się trząsł, kiedy wspomniał spekulantów z Hali Targowej przy kościele św. Mikołaja, którzy wciskali biedniejszym ludziom koninę jako wołowinę i to tylko 10 fenigów taniej. Pismacy „Danziger Neueste Nachrichten” tak często i tak zajadle o tym pisali, że Senat Wolnego Miasta Gdańska zmienił przepisy weterynaryjne.
Żeby móc działać dalej musiał wykafelkować zaplecze prawie pod sufit, a nawet ladę i parapet. Teraz wyłącznie na niklowanych tacach, leżących na lodzie, mógł wystawiać w oknie swoje frykasy.
W tym czasie część wrażliwszych Gdańszczanek zaprzestała kupować mięso czerwone i przestawiła swoje domowe jadłospisy na kury i ryby. Tak zrobiła żona szewca Chmielewskiego spod 11, który po kryjomu wpadał do niego tylko po kawał leberki, kiedy szedł z kolegami na pillkallera w krzakach przy Bastionie Królik.
Jakob Potok miał za sobą trzy ciężkie lata marniejącego interesu, rozpoczęte histerią klientek, która zaczęła się po zatrzymaniu w Münsterbergu (Ziębice) Karla Denke, który zamordował przynajmniej 40 osób. Ich mięso peklował i sprzedawał sąsiadom na targu jako marynowaną wieprzowinę bez skóry.
A teraz pozostało mu jeszcze skończyć pisać ten list do Marianny.
c.d.n.
Autor tekstu: Arkadiusz Onasch
Oryginalna koperta firmowa oraz pocztówka pochodzi z kolekcji Opowiadaczy Historii Dolnego Miasta w Gdańsku. Zdjęcie Hali Targowej i Kościoła Św. Mikołaja pochodzi z książki „Danzig in 144 Bildern”. Verlag Gerhard Rautenberg, Leer (Ostfriesland). Autorstwo: Wolff & Tritschler.
P.S. Wspomniany w tekście pillkaller to rozpowszechniony w dawnych Prusach sposób picia wódki albo machandla z grubym plastrem kiełbasy pasztetowej z musztardą .
