Mistrz
Właśnie skończyłam oglądać dokument o Andrzeju Wajdzie, który został wyemitowany z okazji setnych urodzin reżysera. Tak, to właśnie dzisiaj czyli 6 marca skończyłby okrągłe 100 lat. Oglądając migawki z realizacji Jego filmów, przedstawień i słuchając wspomnień aktorów, reżyserów, producentów i innych osób z nim współpracujących, przypomniałam sobie pewne zimowe popołudnie i wieczór – 17 stycznia 2012 roku.
Ulica łąkowa nie przypominała tej obecnej. Środkowa alejka nie była wyposażona w ławeczki, kosze na śmieci niskie balustradki. A i drzewa, stare jarząby pousychały i było ich niewiele. Na „dzielni” pojawiły się reflektory, wstrzymano ruch pieszy i samochodowy. Przyjechały wojskowe skoty i gaziki, pojawił się nawet czołg, a środkiem przechadzały się patrole żołnierzy. Tego dnia Dolne Miasto zamieniło się w plan filmowy. Było bardzo zimno. Mróz i bardzo nieprzyjemny wiatr utrudniał pracę statystom (żołnierzom), aktorom, operatorom i pracownikom technicznym. Nie było śniegu i pan od scenografii dwoił się i troił, by nasza dzielnica przywdziała zimowe przebranie w stopniu podstawowym. Chodził między ustawionymi wzdłuż ulicy Łąkowej samochodami „z epoki” posypując je sztucznym śniegiem. Na murze dawnej Królewskiej Fabryki Karabinów powieszono coś, co z daleka przypominało plakat. Ustawiono koksowniki, przy których ogrzewali się żołnierze, czyli statyści z grupy rekonstrukcyjnej. Przed Biedronką ustawiono wielką ciężarówkę, by ta zasłaniała chociaż troszeczkę wejście i ludzi robiących w tym czasie zakupy. Po ulicy jeździło także pół fiata, dobrze oświetlonego. A w nim aktor, odgrywający główną postać filmu.
Ale jak wyglądałoby to wszystko bez bacznego oka Mistrza… Tak, tak. Od czasu do czasu ze swojej przyczepy wysiadał Mistrz Wajda. Podpierając się laseczką, w towarzystwie swoich asystentów wychodził na plan. Przedstawiał swoją wizję – jak ma wyglądać kolejne ujęcie i wracał do przyczepy. Tego wieczoru Mistrza Wajdę widziałam kilkakrotnie. Pierwszy i ostatni raz. Na żywo i z daleka. Nie ważne, że było piekielnie zimno. I zmarznięte ręce ledwo trzymały aparat fotograficzny, ale zdjęcia i wspomnienie pozostanie. To był dla mnie magiczny wieczór. A film? „Wałęsa. Człowiek z nadziei” – ten film oglądałam kilkakrotnie próbując wyłapać znajome widoki z naszej Łąkowej. Wiecie ile pozostało w filmie? Całe 3 sekundy, ale były to dla mnie najważniejsze 3 sekundy.
Wspominała: Elżbieta Woroniecka.





