Nasz Plac

Nasz Plac zabaw znajdował się pomiędzy ulicami – Ułańską, Sadową i Łąkową.
Moja rodzina mieszkała przy ulicy Ułańskiej 11 od roku 1946. A ja urodziłem się w tam w roku 1955. Rodzice mieszkali tam do 1982 roku, a Ja mieszkałem na Ułańskiej do roku 1979. Więc całe dzieciństwo i młodość spędziłem na Dolnym Mieście.
Plaz zabaw przy ulicy Ułańskiej. A na nim metalowe huśtawki.Przed naszą kamienicą był wielki pusty plac na którym przed wojną stały kamienice, ale zostały zburzone podczas działań wojennych. Na naszej ulicy Ułańskiej stało kilka kamienic w których mieszkało wiele rodzin. I było dużo dzieci. Więc plac ten był dobrym miejscem gdzie można było bawić się i grać w różne gry. Była tam mała karuzela, huśtawka i wielki trzepak który był wykorzystywany przez nas do gry w siatkówkę i siatkonogę. Grywaliśmy też w nogę. Mieliśmy prowizorycznie boisko. Plaz zabaw przy ulicy Ułańskiej. A na nim metalowa karuzela.Nie było prawdziwych bramek. Ale kładło się dwa kamienie i już była bramka. To było w tym miejscu, gdzie w późniejszym okresie postawiono blaszany barak. Najczęściej grywaliśmy w palanta, klipę, dołek, dwa ognie, pikuty, wyścig Pokoju, państwa, kości. Na tym placu organizowaliśmy też wyścigi rowerowe na czas. A ponieważ tylko jeden Piotr miał rower, to jechaliśmy po kolei. Start był przy Zielonej budce. Potem jechało się przez plac do końca Sadowej i z powrotem.
Plaz zabaw przy ulicy Ułańskiej. W tle drewniane deski do tańczenia.Na samym środku placu stał drewniany podest (Deski) na którym odbywały się potańcówki. A do tańca przygrywała orkiestra wojskowa. Na tych deskach też bawiliśmy się. Ale częściej bawiły się tam dziewczyny. A my chłopcy biegaliśmy dookoła desek naśladując żużlowców.
Przez plac prowadziły dwie ścieżki: jedna wąska w kierunku Szkoły Podstawowej nr 4. I ta była wydeptana przez dzieci. A druga szeroka ścieżka biegła od strony Łąkowej w kierunku Sadowej. Tę ścieżkę wydeptali mieszkańcy Sadowej i Reduty Żbik.
Na rogu Łąkowej i Ułańskiej stała Zielona Budka, gdzie można było kupić ciastka, cukierki (rybki), galaretki (myszki). Ale najlepsza była w niej czerwona oranżada. Sklep ten prowadziła Pani Gienia wraz z mężem. Pamiętam zawsze mieli ubrane śnieżnobiałe fartuchy. Na tym placu zabaw spędzałem mnóstwo czasu, bo poza nauką nie było nic do roboty.
Inne ciekawe historie z mojego dzieciństwa działy się poza Placem. Ale o nich opowiem może innym razem.

Autor wspomnień i posiadacz wszystkich zdjęć – Roman Marchlik.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *