Niebezpieczne zajęcia, czyli o czytaniu książek
Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiałam bajki. Nie mogłam się doczekać wieczoru, kiedy to do naszego pokoju (a dzieliłam malutki pokoik z dużo starszą siostrą o imieniu Krysia) wejdzie Mama lub Tata i rozpocznie się misterium na zakończenia dnia, czyli czytanie bajki. Nie umiałam wtedy czytać i musiałam cierpliwie poczekać, aż któreś z rodziców usiądzie na brzegu łóżka i weźmie którąś z książek z półeczki.
Miałam oczywiście swoje ulubione. Koziołka Matołka, którego znałam na pamięć, a którego już nikt mi nie chciał czytać, bo się normalnie czytającym znudził. Były próby „oszukania” mnie, opuszczając całe strony, ale bezbłędnie podobno wyłapywałam te niecne zabiegi. Następną książką były Baśnie Andersena i moja ulubiona Królowa Śniegu. Płakałam nad losem biednego Kaja i podziwiałam bohaterską Gerdę. Konik Garbusek, Bajki Krasickiego, no i oczywiście Brzechwa. Niektóre wierszyki pamiętam do dziś. Wymieniając dalej: Plastusiowy Pamiętnik, Pamiętnik Czarnego Noska, Żywa Woda, wiersze Tuwima z Lokomotywą i Ptasim Radiem. Wspaniałe były „Drobne ustroje” Marii Zientarowej i legenda o powstaniu Warszawy Jerzego Głowackiego „O Warszu z Dębicy i wiślanej rusałce”. Tę książkę często czytano mi kiedy byłam chora. A że byłam dość często, to i książka często była czytana. Ale pamiętam jedną taką, po poznaniu której moje postrzeganie skrzydlatego świata bardzo się zmieniło. Była to historia warszawskich wróbli Ireny Jurgielewiczowej „O czterech warszawskich pstroczkach”. Piękna opowieść o życiu, przyjaźni, radościach i smuteczkach warszawskich ptaków. Możecie nie wierzyć, ale patrząc dzisiaj na wróble czy mazurki, cytuję powiedzonka z tej książki.
Miłość do książek pozostała mi do dzisiaj.
No dobrze
a co z tym niebezpiecznym czytaniem?
zapytacie.
Ta historia dotyczy bardziej, wspomnianej już, mojej siostry Krysi. Starsza ode mnie o 9 lat również uwielbiała czytanie. Otóż, jeżeli trafiała się fascynująca opowieść, trudno było ot tak sobie przestać czytać przez jakieś głupie ograniczenia pory dnia, a raczej nocy. Żeby rodzice nie zobaczyli światła sączącego się przez szpary w drzwiach, Krysia brała do łóżka latarkę i czytała pod kołdrą (potem, kiedy posiadłam już umiejętność czytania robiłam dokładnie to samo…). Rodzice szybko wyczuli intencje mojej siostry i pochowali wszystkie latarki (wtedy w zasobach domowych były całe dwie: jedna ze zmieniającymi się kolorami niebiesko-czerwono-biała i druga długa na dwie grube baterie). I tutaj moja siostra wpadła na genialny pomysł. Weszła pod pierzynę z zapaloną świeczką, bo jak przerwać fascynująca historię w najciekawszym momencie… ehhh. Na szczęście skończyło się na opaleniu grzywki i brwi miłośniczki czytania i na malutkim pożarze. Ale tego już nie naśladowałam w późniejszym czasie.
Wspominała: Elżbieta Woroniecka.









