Straszne ciemności na Dolnym Mieście, czyli dwudziesty stopień zasilania
Dawno, dawno temu, czyli tak na przełomie lat 70/80, często zdarzało się, jesienią i zimą, że były przerwy w dostawie prądu. My szczególnie to odczuwaliśmy na naszej klatce schodowej na ulicy Łąkowej, na której był tylko tzw. świetlik w suficie, a tradycyjnych okien i szans na jasność – brak. No, czasem, przy odrobinie szczęścia ktoś miał latarkę. Ale to też był skrajny wyjątek, a nawet odrobina luksusu. Panowały po prostu egipskie ciemności. A że klatka schodowa była wówczas tzw przechodnia i wchodziło się do niej bez problemu, to zdarzało się, że na schodach spali nietrzeźwi goście. To było strasznie straszne.
Braki w dostawach prądu były spowodowane tzw. dwudziestym stopniem zasilania, czyli maksymalnym ograniczeniem dostaw prądu, w szczególności dla gospodarstw domowych. Była to forma oszczędności, którą wcześniej obwieszczano w postaci komunikatów w radio, zdaje się w Programie Pierwszym Polskiego Radia /bo chyba innych nie było na falach długich/. Albo anonsów w lokalnej prasie. Po tej stronie ulicy, na której były zakłady pracy, dostawy prądu były ciągłe, bo musiały wspierać pracę maszyn. A tam, gdzie tylko domy mieszkalne, takie przerwy były częste.
Na Dolnym Mieście doświadczaliśmy tego często. Problem z prądem był na tyle popularny, że w większości domów były zawsze dyżurne świeczki, które przede wszystkim były źródłem światła, oraz zabaw dziecięcych w typie – co tu można podpalić, żeby ładnie pachniało /np. gałązkę choinki/, lub brzydko pachniało / np wyrwany włos/. Opcja, że świeczka była czymś w rodzaju ustrojenia wnętrza, by dodać klimatu – była raczej na marginesie. Ważny był walor praktyczny.
A propos klatki schodowej: to nieodłącznym elementem braku prądu i światła, było eleganckie spadanie ze schodów. Było to niezbyt popularne zajęcie, ale zdarzało się i nie było to zbyt miłe. Starsi sąsiedzi, podczas gdy panowały ciemności, po prostu nie wychodzili na zewnątrz domu, ale na klatkę schodową już tak, po czym wszyscy sąsiedzi włączali się w dyskusje o ciemnościach i możliwościach tzw elektrowni. No i część z nas miało toalety na korytarzu, więc po ciemku za potrzebą. Każdy miał swój pogląd kiedy to prąd „wróci” i kto dzwonił po pomoc, by zgłosić problem. Jednak okazja do rozmowy na schodach, ze świecami w rękach, to było coś wyjątkowego. Gdy włączano prąd – czar znikał.
Przez okna naszych mieszkań oglądaliśmy, czy w naszej okolicy, w innych domach też nie ma prądu.
Gdy rozmawiałam o tym niedawno ze znajomymi, to okazuje się, że w niektórych domach były świeczki zawsze na jednym miejscu, a w innych domach zawsze się ich szukało. No a już szczytem szczęścia było mieć na stanie latarkę, taką z możliwością zmiany koloru światełka! Szał po prostu i powód do zazdrości. U nas w domu zawsze były świece stołowe białe, a na dodatek niewielki blask z pieca, gdy się w nim akurat rozpalało ogień.
Kolega wspominał też o prawdziwych świeczkach na choince, ale bez możliwości zapalenia ich. No, ale to już inna historia.
Świec mi nie żal, ale tego blasku z pieca już tak 🙂
Wspominała: Danuta Płuzińska-Siemieniuk
Komunikat o brakach w dostawie prądu na Dolnym Mieście pochodzi z „Dziennika Bałtyckiego”, nr 101 z 24 maja 1982 r., str. 4.
