Wielkanocnie i kryształowo
Zabawy mieliśmy różne. Te w okolicy świąt, to nawet powtarzalne ;P
Teraz w okolicy świąt, przypomina mi się, jak mama mówiła, że drugi dzień świąt, to święty lejek.
Jedną z wyśmienitych zabaw było rzucanie woreczkami z wodą, przez okno od strychu, bo ono wychodziło na ulicę. Frajda fantastyczna, bo piesi w popłochu uciekali. Jednak był pewien pan, który przybiegł do góry i chciał dać nam w skórę. Jak mama wytłumaczyła, że to nie jest zbyt mądra zabawa, to przez małe okienko na strychu spuszczaliśmy na żyłce małą laleczkę. Jak ktoś się schylił, by podnieść znalezisko, to my- cyk do góry i już po lalce. No same durności.
Niestety, ale mnie się również dostawało w śmigusa- dyngusa. Z powodu starszego brata na stanie. Otóż tenże osobnik, brał wiaderko lub miskę z wodą i jak spałam, to rano zwyczajnie podnosił kołdrę i lał wodę bez opamiętania. No szans na spanie nie było i już. Pamiętam, że byłam zawsze na niego wściekła za te durne zabawy, ale czasem udało się tego uniknąć. Wówczas też nie było szans, żeby sobie pospać. Jak się brat zapomniał, to mama leciała z kubkiem wody i chlup. No i zaś, wszystko mokre. Po jakimś czasie złość przechodziła. Wtedy już, po śniadaniu można się było spotkać z dzieciakami na podwórku i latać do południa z wiaderkami i miskami, uciekać przed chłopakami, biegać przez tylko nam znane bramy. No i tankować wodę w studni na alejce przy Dolnej. Jak trochę podrosłam, to ze zdziwieniem stwierdziłam, że ta pompa najpierw przestała zaopatrywać w wodę, a potem sama zniknęła.
Jeszcze mi się przypomniało, że w którąś Wielką Sobotę, już miałam wychodzić do kościoła ze święconką, ale w domu wyparował… koszyczek.
Szukaliśmy wszyscy, a mama wpadła na pomysł, że da mi koszyczek kryształowy. No , to było coś! W ogóle posiadanie tzw. kryształów w domu to był szyk i styl. Pamiętam, że kosztowały jakoś strasznie dużo i miały wzięcie u pań. Mieć taki kryształ / cokolwiek by to nie było/, to był synonim luksusu w latach 70/80.
No i ta moja mama poświęciła się i uwierzyła, że nie potłukę koszyczka w kościele.
Poszłam grzecznie, jajka poświęcone, a jak w glorii i chwale z TAKIM luksusowym koszyczkiem. Przynajmniej tak mi się zdawało, że jest tak luksusowo.
Koszyczek wrócił cały do domu, niesiony przez dumną Danusię. Mama kupiła potem wiklinowy koszyczek na rynku na Chmielnej, aby jednak nie ryzykować utraty ukochanego kryształu.
Wspominała: Danuta Płuzińska-Siemieniuk
Kryształowy koszyczek z kolekcji Jacka Górskiego.
Archiwalne zdjęcie pompy na ulicy Dolnej pochodzi z albumu Katarzyny Pecki-Przyborowskiej.
